Nazwisko: Hayami
Wiek:16 lat
Płeć: Kobieta
Partner: Nie jestem romantyczką
Wygląd: Jeśli chodzi o pierwsze wrażenie to raczej nie różni się zbytnio od swoich rówieśniczek.Wzrost i wagę ma prawidłową, może nieperfekcyjną, ale nie można narzekać.Twarzy, o dziwo, nie zdążyła jeszcze ubliżyć żadna blizna. Oczy niebieskie, przenikliwe, bezdenne, a jednocześnie zupełnie puste, niczego nie zdradzające.Włosy długie i czarne, przypominające barwę granatową.
Charakter: Zdarzają się ludzie oszczędni w słowach, cisi, małomówni...Ona jest niczym niema. Odzywa się wyjątkowo rzadko. Zwykle jej spojrzenie ,,mówi" wszystko. Jeżeli jest coś w stanie przekazać nie używając słów to się do tego ograniczy, no chyba, że akurat trwa walka, wtedy trzeba działać szybko. Trudno o jej zaufanie lub szacunek. Ufa tylko komuś kto udowodnił jej, że jest tego wart. Jest nadzwyczaj poważna, spokojna dopóki ktoś nie przegnie, a wtedy...auć. No dobra, to kiedy ktoś natrafi na wyjątkowo drażliwy temat. Np. nie znosi gdy ktoś próbuje przemówić do jej sumienia, uczuć. Z twarzy praktycznie nigdy nic się nie da wywnioskować. Niezależnie od tego czy walczy, czy właśnie grozi komuś kataną ,przykłada ją do gardła lub nawet mówi o jakże nieprzyjemnej przeszłości-jej oczy pozostają nieruchome. Zdaje się odseparowywać od świata niewidzialną barierą. Jest niedostępna, tak jakby ten świat dla niej nie istniał jakby cała rzeczywistość była snem, widać to po jej ruchach, postawie. Demon może na nią szarżować, a ona będzie mieć to głęboko gdzieś...Jej tam nie ma, to jej nie dotyczy.
Historia: Nim zjechały się demony żyłam w spokojnym miasteczku. Miałam wielu przyjaciół i rodzinę...a potem one...Wszyscy którzy nie zginęli zaraz po ich przybyciu pochowali się do schronów, utworzonych jeszcze w czasie drugiej lub pierwszej wojny światowej, na wypadek nalotu. Gdzieś tak co tydzień z każdego schronu wychodziło średnio pięciu mężczyzn, którzy mieli na celu zdobycie pożywienia. Jeżeli wyszło pięciu to najczęściej nie wracał jeden. Na nasze szczęście (lub może właśnie nieszczęście) zdarzało się, że dwie lub więcej grupy wychodziły jednocześnie. Demony albo rzucały się na jedną i mordowały wszystkich albo rozdzielały się dając szansę reszcie na ucieczkę. Trwało to blisko pół roku.
Mężczyźni ginęli, wychodziły kobiety i młodzi chłopcy. W końcu została garstka podrostków i zgraja płaczących dzieciaków. Ja byłam akurat pomiędzy tymi dwoma grupami. Miałam wtedy dziesięć lub jedenaście lat gdy wypadło na mnie.
Miałam się trzymać tyłu i tak właśnie robiłam. Niestety wyszła też druga grupa. Demony obrały sobie za cel właśnie nas. Kiedy tamci usiłowali walczyć (oczywiście marne były ich nadzieje) ja zgodnie z rozkazami uciekałam w stronę schronu.
Wspięłam się na wrak leżącego na środku ulicy samolotu, który tu wysłano (nasze miasto zostało zaatakowane jako jedno z pierwszych więc nikt się jeszcze nie zorientował, że tych bestii nie położy ołów). Ścigał mnie jeden z demonów. Nie zabił mnie chyba tylko ze zwykłego lenistwa i (jak teraz sądzę) złośliwości. Chciał bym żyła dalej mając w pamięci krew na żwirze w który potem zaryłam gdy ześlizgiwałam się z wraku. Upadając uderzyłam w coś, co potem okazało się ładunkiem. Pilot miał ze sobą sprzęt niezbędny do przetrwania na wypadek niepowodzenia. Były tam między innymi leki, bandaże, woda utleniona i żywność o długiej dacie ważności.
Zaniosłam to do schronu. Następne wyprawy mimo dalszych ofiar nie wydawały się już takie straszne. Życie niegdyś uważna za dar i za coś bardzo wartościowego zmieniło się w coś niewiele wartego. To tak jakby kupić drogi przedmiot, a usiłując go sprzedać nie móc znaleźć kupca i wciąż obniżać cenę.
Ostatecznie demony dostały się do naszego schronu i wybiły wszystkich gdy ja szukałam źródła wody pitnej. O dziwo po powrocie nie płakałam już nad ciałami pięciolatków.
Bo nie robiłam tego dla nich, dla nikogo niczego nie robiłam, nawet dla siebie. Bo ile jest warte moje życie? Ile było warte ich życie?
Uklękłam tylko nad ciałem martwej dziewczynki, położyłam palce na jej powiekach i zamknęłam nadal otwarte oczy.
Po zakopaniu ciał przez kilka lat szwendałam się po świecie z kataną w ręce. Nie dołączyłam już do żadnej innej grupy. Odwiedzałam zniszczone miasta, znajdowałam tam żywność i sprzęt konieczny do przeżycia. Potem wróciłam do swego rodzinnego miasteczka. Idąc natknęłam się na coś. Było to gdy obozowałam w pobliżu miasta. Przygotowując ognisko natknęłam się na zagrzebany tuż pod powierzchnią ziemi wisiorek.
Rodzina: Taa...taa...w pewnym sensie mam, tyle że zdechłą
Broń: Katana
Duch i Rzecz Do Niego Należąca:Rozalia Yami, naszyjnik z różą z opalu ognistego
Wygląd:
Howrse: Margo5

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz