mię: Moonlight, Snow
Nazwisko: Falls
Wiek: 419
Płeć: Kobieta
Partner: Miała za kogo umrzeć
Wygląd: Wygląda na siedemnastolatkę. Turkusowe oczy, brzoskwiniowe usta.Skóra lśniąca srebrem. Czarne kokardki,turkusowe włosy,czarna sukienka.
Charakter: Na pozór jest spokojna i nieśmiała. Tak naprawdę jest bardzo żywiołowa i towarzyska. Nie lubi stać na boku. Kulturalna i stosowna. Lubi się śmiać ale potrafi być śmiertelnie poważna.
Człowiek:
Broń: Łuk z nieskończoną ilością strzał.
Klejnot: Mały szafir w kształcie łzy, na srebrnym łańcuszku, jest to bransoletka.
Wygląd:
Howrse: Paula02
Tajemnice Klejnotów - Odkryj Przeszłość i Przyszłość
środa, 7 stycznia 2015
czwartek, 1 stycznia 2015
Od Hitoschi
Trochę się zmieszałam. Już od dawna nie słyszałam żeby ktoś mnie przepraszał. Od ładnych paru lat nikogo też nie obchodziło moje zdrowie. Dla nikogo nie miało większego znaczenia czy zginę , czy nie. Ludzie których znałam od zawsze olewali mnie, a duszek, którego znam ledwie od wczoraj nie dość, że usiłuje mnie chronić(z własnej woli) to jeszcze mnie przeprasza za drobną pomyłkę.
Obejrzałam opatrunek na prawym ramieniu. Może mi się tylko zdawało, albo rzeczywiście nastąpił mały przełom. Dla kogoś innego byłby to nic nie znaczący drobiazg. Przez chwilę zdawało mi się, że nieco szerzej otworzyłam oczy. Ponadto...zdawało mi się, że...że chyba polubiłam to dziwne łażące w cudacznych strojach coś. Nie wiem czy mogę tu mówić o szacunku czy zaufaniu, ale nie wykluczone, że byłam tego bliska.
-Dziękuję-powiedziałam odwracając głowę.
Na chwilę zapadła martwa cisza. Albo mi się zdawało, albo na chwilę przerwała opatrywanie własnej rany. Tylko tyle byłam w stanie wywnioskować posługując się jedynie słuchem. Potem znów usłyszałam nikły odgłos towarzyszący obwiązywaniu oczyszczonej rany bandażem.
-Chodźmy stąd- powiedziała w końcu.
Spojrzałam na nią. Jakoś chyba wypadłam z formy jeśli chodzi o odczytywanie emocji. Kiedyś robiłam to bezbłędnie, a dziś nijak mi to idzie.
-Chciałam tu...załatwić jeszcze jedną sprawę-mruknęłam pod nosem.
-A pilna na sprawa?
Przez chwilę nic nie mówiłam. To w sumie może zaczekać. Nie wiadomo jednak kiedy natrafi się kolejna okazja odwiedzenia tego miasta.
-Nie-pokręciłam głową.
Powoli szłyśmy usłanym kościami chodnikiem. Duch praktycznie bez przerwy się rozglądał. Ja za to skupiłam się na obserwacji podłoża. W końcu mój wzrok zatrzymał się na szkielecie odzianym w obszarpany mundur. Strój był na tyle obtarty i poszarpany by nie dało się rozpoznać jakiej rangi był jego właściciel. Ale to nie to zwróciło moją uwagę. Pochyliłam się nad szkieletem. W dłoni nadal ściskał karabin. Nie znam się zbytnio na tego typu maszynach, ale wyglądało mi to na Bor, ale pewności nie miałam. Na dodatek właściciel, jakimś cudem, nie zdążył zmarnować całej amunicji.
Coś takiego było mi całkowicie zbędne, ale z tego co mi wiadomo mieszkańcy miasta położonego jakieś dwadzieścia kilometrów na północ stąd, są łasi na takie podarki.
To właśnie lubię w obumarłych mieścinach, że zawsze można w nich znaleźć coś użytecznego.
-Hitoschi? Zasnęłaś tam, czy jak?
Otrząsnęłam się z zadumy. Wyrwałam karabin z dłoni honorowego człeka i wyprostowałam na znak, że jestem cała i zdrowa oraz, że mogę iść dalej.
Rozalia?
Obejrzałam opatrunek na prawym ramieniu. Może mi się tylko zdawało, albo rzeczywiście nastąpił mały przełom. Dla kogoś innego byłby to nic nie znaczący drobiazg. Przez chwilę zdawało mi się, że nieco szerzej otworzyłam oczy. Ponadto...zdawało mi się, że...że chyba polubiłam to dziwne łażące w cudacznych strojach coś. Nie wiem czy mogę tu mówić o szacunku czy zaufaniu, ale nie wykluczone, że byłam tego bliska.
-Dziękuję-powiedziałam odwracając głowę.
Na chwilę zapadła martwa cisza. Albo mi się zdawało, albo na chwilę przerwała opatrywanie własnej rany. Tylko tyle byłam w stanie wywnioskować posługując się jedynie słuchem. Potem znów usłyszałam nikły odgłos towarzyszący obwiązywaniu oczyszczonej rany bandażem.
-Chodźmy stąd- powiedziała w końcu.
Spojrzałam na nią. Jakoś chyba wypadłam z formy jeśli chodzi o odczytywanie emocji. Kiedyś robiłam to bezbłędnie, a dziś nijak mi to idzie.
-Chciałam tu...załatwić jeszcze jedną sprawę-mruknęłam pod nosem.
-A pilna na sprawa?
Przez chwilę nic nie mówiłam. To w sumie może zaczekać. Nie wiadomo jednak kiedy natrafi się kolejna okazja odwiedzenia tego miasta.
-Nie-pokręciłam głową.
Powoli szłyśmy usłanym kościami chodnikiem. Duch praktycznie bez przerwy się rozglądał. Ja za to skupiłam się na obserwacji podłoża. W końcu mój wzrok zatrzymał się na szkielecie odzianym w obszarpany mundur. Strój był na tyle obtarty i poszarpany by nie dało się rozpoznać jakiej rangi był jego właściciel. Ale to nie to zwróciło moją uwagę. Pochyliłam się nad szkieletem. W dłoni nadal ściskał karabin. Nie znam się zbytnio na tego typu maszynach, ale wyglądało mi to na Bor, ale pewności nie miałam. Na dodatek właściciel, jakimś cudem, nie zdążył zmarnować całej amunicji.
Coś takiego było mi całkowicie zbędne, ale z tego co mi wiadomo mieszkańcy miasta położonego jakieś dwadzieścia kilometrów na północ stąd, są łasi na takie podarki.
To właśnie lubię w obumarłych mieścinach, że zawsze można w nich znaleźć coś użytecznego.
-Hitoschi? Zasnęłaś tam, czy jak?
Otrząsnęłam się z zadumy. Wyrwałam karabin z dłoni honorowego człeka i wyprostowałam na znak, że jestem cała i zdrowa oraz, że mogę iść dalej.
Rozalia?
środa, 31 grudnia 2014
Od Rozalii
Dziewczyna wzruszyła ramionami. Tu zdecydowanie było zbyt cicho... We wszelkich tego typu miejscach zwykle powinny być dosłownie przerażające ilości demonów. Mogę szczerze powiedzieć, że ubóstwiają taki teren. Tyle dobrego, iż nie śmierdziało trupem. Uważnie przyglądałam się wszystkiemu i nasłuchiwałam kroków potworów. To wręcz nienormalne by nie było tu żadnego. Skupiałam się na tym by dziewczynie nic się nie stało. Teraz gdy do mnie dołączyła, moim obowiązkiem jest ją chronić. Duchy na ziemi zwykle nie mają żadnych celi prócz "Zabij wszystkie demony" i nie rzadko "Chroń swojego człowieka". Jednak ja mam jeszcze jeden. Moje wspomnienia są cząstkowe. Nie jestem pewna dlaczego musiało paść akurat na mnie ani czy to się stało z jakichś głębszych powodów. Jeśli nawet tak to dowiem się tego dopiero po odzyskaniu moich wspomnień. Mam tylko i wyłącznie ostatnie i najgorsze wspomnienia z mojego życia tutaj. Mianowicie ostatnie dwa miesiące. Nawet nie całe. Wiem nie wiele na temat odzyskania moich wspomnień. Na pewno to, że mogę je odzyskać zabijając niektóre demony. Także to, iż jeśli jestem niedaleko potwora posiadającego wspomnienie, ale zostanie zabity przez innego ducha, mogę stracić ten odłamek. Jednakże to bardzo mało prawdopodobne. Pewniejsze jest to, iż i ja, i zabójca demona je dostanie. Tak przynajmniej mi się wydaje. Jeszcze nie próbowałam żadnego odzyskać. Szczerze powiedziawszy to mam nadzieję, że tako wo się stanie. Poderwałam się nagle, gdy coś upadło dziewczynie. Byłam natychmiastowo gotowa do walki. Kiedy zobaczyłam, iż po prostu coś jej upadło uspokoiłam się. Był to bardzo, ale to bardzo poważny błąd. W pomieszczeniu usłyszałyśmy niosący się echem, demoniczny wyk. Był odrażający jak ten, który go wydawał. Przed nami stała jeszcze większa grupa potworów, niżeli ostatnio. Czyżbym któregoś pominęło i pobiegł po pomoc? Teraz to nie jest ważne. Rzuciłam się w stronę bestii oraz wraz z moją partnerką rozpoczęłam masowy mord tych stworzeń. Zagapiłam się przez co zarówno ja, jak i ona zostałyśmy ranne. Kiedy zakończyłyśmy walkę, wzięłyśmy apteczkę. Zajęłam się raną dziewczyny. Bądź co bądź, muszę się nią opiekować. To jeden z moich obowiązków. Gdy skończyłam zajmować się nią, opatrzyłam siebie. Duchy też da się zranić.
- Przeprasza. Ranna, moja wina. Bardzo przeprasza - przeprosiłam ją. Naprawdę, kiedy się denerwują zaczynam być zbyt oszczędna w słowa. Dla niektórych to irytujące.
Hitoschi? Wybaczysz mi?
- Przeprasza. Ranna, moja wina. Bardzo przeprasza - przeprosiłam ją. Naprawdę, kiedy się denerwują zaczynam być zbyt oszczędna w słowa. Dla niektórych to irytujące.
Hitoschi? Wybaczysz mi?
Od Hitoschi
Zmierzyłam ja uważnym wzrokiem. Kiedy spojrzałam na jej ubranie poczułam jak ciśnie mi się na język następujące zdanie: ,,Z choinki z się urwałaś?"
Zamiast uścisnąć wyciągniętą do mnie kończynę delikatnie pokiwałam głową. Ta usiadła naprzeciwko mnie.
-Rozalia.
Wizja odezwania się była mało kusząca,ale obawiam się, że bez słów się tu nie obędzie.
-Hitoschi.
-Daj mi swój miecz.
Gdybym była do tego zdolna najpewniej obdarzyłabym ją teraz nieprzychylnym, nieufnym spojrzeniem, ale jako, że niezależnie od nastroju twarz wygląda tak samo nie można było dostrzec mojej irytacji.Proszę się przez chwilę zastanowić jak to właściwie wygląda. Jakaś obca babka przychodzi do ciebie w środku nocy,zabija kilka demonów po czym proponuje ci dołączenie do siebie.Ty jak głupi się zgadzasz,a ta jeszcze chce twoją jedyną broń.
Spojrzałam jej prosto w oczy szukając w nich jakiejś wskazówki, czegoś co by mi powiedziało co chce zrobić z moją kataną. Ta jednak po prostu się uśmiechała co ,nie ukrywam, nieco zbiło mnie z tropu. Podałam jej swoją ulubioną zabawkę po czym niecierpliwie czekałam aż mi ją odda. Trochę jak dziecko,któremu zabrano ukochanego misia żeby go wreszcie uprać. Gdy w końcu wyciągnęła do mnie rękę z mieczem o mało jej go nie wyrwałam.Jakby nie patrzeć ta oto katana była, od około pięciu lub sześciu lat, jedyną rzeczą dającą mi jakiekolwiek oparcie i , jakże dziś wartościowe, poczucie bezpieczeństwa.
I co, że nie dało się nią zabić demona, ale sam chłód rękojeści napawał spokojem i nie istniejącym w dzisiejszych czasach ciepłem.
-Jakie masz plany?-dobiegło mnie pytanie.
Wzrok, razem z głowa, automatycznie powędrował ku miastu.
-Aha...Ale ty wiesz, że tam się pewnie roi od demonów?
Spuściłam głowę. Spojrzałam na lewo, otworzyłam plecak, wyjęłam zeschły chleb.Wzrok ponownie powędrował ku miastu.
A jakże mogłabym nie wiedzieć. Przecież to tu straciłam rodzinę, wszelkie perspektywy i ambicje.
Namiot opuściłam o świcie. W pełnym rynsztunku, plecakiem na plecach.
Usłyszałam kroki.Zignorowałam je jednak bo miałam wyznaczony cel, niezależnie od tego czy duszkowi to w smak, czy nie.
Odnalezienie schronu nie było trudne.Oczywiście ani przez chwilę nie łudziłam się, że którakolwiek grupa jeszcze tu jest. Grupy jednak nie znikły bez śladu. W środku nadal były chińskie zupki,apteczki...ale i trupy. Ale nie śmierdziało, same szkielety.
Rozalia nie komentowała. Nawet kiedy zajęłam się grzebaniem w kieszeniach trupów.
-Tu jest podejrzanie cicho- powiedziała w końcu- W takich miejscach zwykle roi się od demonów.
Wzruszyłam ramionami.To chyba dobrze.
Rozalia?
Zamiast uścisnąć wyciągniętą do mnie kończynę delikatnie pokiwałam głową. Ta usiadła naprzeciwko mnie.
-Rozalia.
Wizja odezwania się była mało kusząca,ale obawiam się, że bez słów się tu nie obędzie.
-Hitoschi.
-Daj mi swój miecz.
Gdybym była do tego zdolna najpewniej obdarzyłabym ją teraz nieprzychylnym, nieufnym spojrzeniem, ale jako, że niezależnie od nastroju twarz wygląda tak samo nie można było dostrzec mojej irytacji.Proszę się przez chwilę zastanowić jak to właściwie wygląda. Jakaś obca babka przychodzi do ciebie w środku nocy,zabija kilka demonów po czym proponuje ci dołączenie do siebie.Ty jak głupi się zgadzasz,a ta jeszcze chce twoją jedyną broń.
Spojrzałam jej prosto w oczy szukając w nich jakiejś wskazówki, czegoś co by mi powiedziało co chce zrobić z moją kataną. Ta jednak po prostu się uśmiechała co ,nie ukrywam, nieco zbiło mnie z tropu. Podałam jej swoją ulubioną zabawkę po czym niecierpliwie czekałam aż mi ją odda. Trochę jak dziecko,któremu zabrano ukochanego misia żeby go wreszcie uprać. Gdy w końcu wyciągnęła do mnie rękę z mieczem o mało jej go nie wyrwałam.Jakby nie patrzeć ta oto katana była, od około pięciu lub sześciu lat, jedyną rzeczą dającą mi jakiekolwiek oparcie i , jakże dziś wartościowe, poczucie bezpieczeństwa.
I co, że nie dało się nią zabić demona, ale sam chłód rękojeści napawał spokojem i nie istniejącym w dzisiejszych czasach ciepłem.
-Jakie masz plany?-dobiegło mnie pytanie.
Wzrok, razem z głowa, automatycznie powędrował ku miastu.
-Aha...Ale ty wiesz, że tam się pewnie roi od demonów?
Spuściłam głowę. Spojrzałam na lewo, otworzyłam plecak, wyjęłam zeschły chleb.Wzrok ponownie powędrował ku miastu.
A jakże mogłabym nie wiedzieć. Przecież to tu straciłam rodzinę, wszelkie perspektywy i ambicje.
Namiot opuściłam o świcie. W pełnym rynsztunku, plecakiem na plecach.
Usłyszałam kroki.Zignorowałam je jednak bo miałam wyznaczony cel, niezależnie od tego czy duszkowi to w smak, czy nie.
Odnalezienie schronu nie było trudne.Oczywiście ani przez chwilę nie łudziłam się, że którakolwiek grupa jeszcze tu jest. Grupy jednak nie znikły bez śladu. W środku nadal były chińskie zupki,apteczki...ale i trupy. Ale nie śmierdziało, same szkielety.
Rozalia nie komentowała. Nawet kiedy zajęłam się grzebaniem w kieszeniach trupów.
-Tu jest podejrzanie cicho- powiedziała w końcu- W takich miejscach zwykle roi się od demonów.
Wzruszyłam ramionami.To chyba dobrze.
Rozalia?
niedziela, 28 grudnia 2014
/!\ Uwaga /!\
Chciałam zakomunikować że osoby chętne do dołączenia,jednakże nie posiadające Ducha lub Człowieka mogą zapisać się do bloga. Dopóki nie znajdą swojego towarzysza będą pisały opowiadania ,,Samotne". Widoczne "osamotnione" osoby będą widoczne w osobnej zakładce. Jeśli będą dwie samotne osoby >Duch i Człowiek< radzimy popisać ze sobą i złączyć w pary. ^^
Od Rozalii
Byłam w pobliżu miasta. Miło wrócić do tego miasta po czterystu latach. Wrota zostały otwarte, ale to nic dobrego. Prócz duchów na świat wydostały się te paskudne demony... Jedyna myśl jaka tkwić będzie w mojej głowie to "zabić wszystkie bestie". Przede mną na ziemi klęczała dziewczyna. W ręce miała mój wisiorek...Kiedyś tutaj była siedziba mojej grupy... Zwykłych wyrzutków,
jak ja. Za mojego życia, osoby z czerwonymi oczami były wyklęte. Traktowano nas niemal jakbyśmy byli demonami w ludzkiej skórze. Odsunęłam się od niej. Skoro ma go to mnie
zobaczy. Iść czy nie? Moje rozmyślenia przerwał okropny skowyt. Dookoła zebrało się pięć tych potworów. Okropne, czarne oraz przerażające wilki nienormalnych rozmiarów. Nie byłam dla nich
widoczna. Bestie otoczyły dziewczynę. Mimo to nie widać na jej twarzy przerażenia. Jedna z tych co nie boją się śmierci? Wyglądałam tak samo idąc na moją ostatnią bitwę... Nie ma już nic do stracenia.Dom, rodzina, przyjaciele... Wszystko... Stracone... Coś okropnego. Widzieć osoby znaczące dla Ciebie tak wiele, gdy wydają ostatnie tchnienie... Mimo to, że ludzie giną tu, na ziemi,ich egzystencja nie znika. Nie rozpływa się tak sobie w powietrzu. Zostają kimś podobnym do mnie.Celem ich istnienia staje się wybicie demonów co do jednego. Sprawienie, aby każdy z nich przestał istnieć. To jedyne po co istniejemy. Demony rzuciły się w jej stronę. Bez większego namysłu
wyciągnęłam miecz i zaczęłam mordować je, kilkukrotnie zmieniając możliwości mojej broni. Po kilku minutach byłam cała w krwi tych przeklętych bestii. Zaczęłam się śmiać. Czyżbym miała objawy sadyzmu? Chyba tak. Och, no trudno. Przetrwam to jakoś. Odwróciłam się do dziewczyny. Starłam krew z twarzy.
- Dołącz do mnie - stwierdziłam już z poważną miną. Podeszłam bliżej i podałam jej rękę. - Co ty na to?
Dołączysz do mnie?
jak ja. Za mojego życia, osoby z czerwonymi oczami były wyklęte. Traktowano nas niemal jakbyśmy byli demonami w ludzkiej skórze. Odsunęłam się od niej. Skoro ma go to mnie
zobaczy. Iść czy nie? Moje rozmyślenia przerwał okropny skowyt. Dookoła zebrało się pięć tych potworów. Okropne, czarne oraz przerażające wilki nienormalnych rozmiarów. Nie byłam dla nich
widoczna. Bestie otoczyły dziewczynę. Mimo to nie widać na jej twarzy przerażenia. Jedna z tych co nie boją się śmierci? Wyglądałam tak samo idąc na moją ostatnią bitwę... Nie ma już nic do stracenia.Dom, rodzina, przyjaciele... Wszystko... Stracone... Coś okropnego. Widzieć osoby znaczące dla Ciebie tak wiele, gdy wydają ostatnie tchnienie... Mimo to, że ludzie giną tu, na ziemi,ich egzystencja nie znika. Nie rozpływa się tak sobie w powietrzu. Zostają kimś podobnym do mnie.Celem ich istnienia staje się wybicie demonów co do jednego. Sprawienie, aby każdy z nich przestał istnieć. To jedyne po co istniejemy. Demony rzuciły się w jej stronę. Bez większego namysłu
wyciągnęłam miecz i zaczęłam mordować je, kilkukrotnie zmieniając możliwości mojej broni. Po kilku minutach byłam cała w krwi tych przeklętych bestii. Zaczęłam się śmiać. Czyżbym miała objawy sadyzmu? Chyba tak. Och, no trudno. Przetrwam to jakoś. Odwróciłam się do dziewczyny. Starłam krew z twarzy.
- Dołącz do mnie - stwierdziłam już z poważną miną. Podeszłam bliżej i podałam jej rękę. - Co ty na to?
Dołączysz do mnie?
sobota, 27 grudnia 2014
Profil Hitoschi!
Imię: Hitoschi
Nazwisko: Hayami
Wiek:16 lat
Płeć: Kobieta
Partner: Nie jestem romantyczką
Wygląd: Jeśli chodzi o pierwsze wrażenie to raczej nie różni się zbytnio od swoich rówieśniczek.Wzrost i wagę ma prawidłową, może nieperfekcyjną, ale nie można narzekać.Twarzy, o dziwo, nie zdążyła jeszcze ubliżyć żadna blizna. Oczy niebieskie, przenikliwe, bezdenne, a jednocześnie zupełnie puste, niczego nie zdradzające.Włosy długie i czarne, przypominające barwę granatową.
Charakter: Zdarzają się ludzie oszczędni w słowach, cisi, małomówni...Ona jest niczym niema. Odzywa się wyjątkowo rzadko. Zwykle jej spojrzenie ,,mówi" wszystko. Jeżeli jest coś w stanie przekazać nie używając słów to się do tego ograniczy, no chyba, że akurat trwa walka, wtedy trzeba działać szybko. Trudno o jej zaufanie lub szacunek. Ufa tylko komuś kto udowodnił jej, że jest tego wart. Jest nadzwyczaj poważna, spokojna dopóki ktoś nie przegnie, a wtedy...auć. No dobra, to kiedy ktoś natrafi na wyjątkowo drażliwy temat. Np. nie znosi gdy ktoś próbuje przemówić do jej sumienia, uczuć. Z twarzy praktycznie nigdy nic się nie da wywnioskować. Niezależnie od tego czy walczy, czy właśnie grozi komuś kataną ,przykłada ją do gardła lub nawet mówi o jakże nieprzyjemnej przeszłości-jej oczy pozostają nieruchome. Zdaje się odseparowywać od świata niewidzialną barierą. Jest niedostępna, tak jakby ten świat dla niej nie istniał jakby cała rzeczywistość była snem, widać to po jej ruchach, postawie. Demon może na nią szarżować, a ona będzie mieć to głęboko gdzieś...Jej tam nie ma, to jej nie dotyczy.
Historia: Nim zjechały się demony żyłam w spokojnym miasteczku. Miałam wielu przyjaciół i rodzinę...a potem one...Wszyscy którzy nie zginęli zaraz po ich przybyciu pochowali się do schronów, utworzonych jeszcze w czasie drugiej lub pierwszej wojny światowej, na wypadek nalotu. Gdzieś tak co tydzień z każdego schronu wychodziło średnio pięciu mężczyzn, którzy mieli na celu zdobycie pożywienia. Jeżeli wyszło pięciu to najczęściej nie wracał jeden. Na nasze szczęście (lub może właśnie nieszczęście) zdarzało się, że dwie lub więcej grupy wychodziły jednocześnie. Demony albo rzucały się na jedną i mordowały wszystkich albo rozdzielały się dając szansę reszcie na ucieczkę. Trwało to blisko pół roku.
Mężczyźni ginęli, wychodziły kobiety i młodzi chłopcy. W końcu została garstka podrostków i zgraja płaczących dzieciaków. Ja byłam akurat pomiędzy tymi dwoma grupami. Miałam wtedy dziesięć lub jedenaście lat gdy wypadło na mnie.
Miałam się trzymać tyłu i tak właśnie robiłam. Niestety wyszła też druga grupa. Demony obrały sobie za cel właśnie nas. Kiedy tamci usiłowali walczyć (oczywiście marne były ich nadzieje) ja zgodnie z rozkazami uciekałam w stronę schronu.
Wspięłam się na wrak leżącego na środku ulicy samolotu, który tu wysłano (nasze miasto zostało zaatakowane jako jedno z pierwszych więc nikt się jeszcze nie zorientował, że tych bestii nie położy ołów). Ścigał mnie jeden z demonów. Nie zabił mnie chyba tylko ze zwykłego lenistwa i (jak teraz sądzę) złośliwości. Chciał bym żyła dalej mając w pamięci krew na żwirze w który potem zaryłam gdy ześlizgiwałam się z wraku. Upadając uderzyłam w coś, co potem okazało się ładunkiem. Pilot miał ze sobą sprzęt niezbędny do przetrwania na wypadek niepowodzenia. Były tam między innymi leki, bandaże, woda utleniona i żywność o długiej dacie ważności.
Zaniosłam to do schronu. Następne wyprawy mimo dalszych ofiar nie wydawały się już takie straszne. Życie niegdyś uważna za dar i za coś bardzo wartościowego zmieniło się w coś niewiele wartego. To tak jakby kupić drogi przedmiot, a usiłując go sprzedać nie móc znaleźć kupca i wciąż obniżać cenę.
Ostatecznie demony dostały się do naszego schronu i wybiły wszystkich gdy ja szukałam źródła wody pitnej. O dziwo po powrocie nie płakałam już nad ciałami pięciolatków.
Bo nie robiłam tego dla nich, dla nikogo niczego nie robiłam, nawet dla siebie. Bo ile jest warte moje życie? Ile było warte ich życie?
Uklękłam tylko nad ciałem martwej dziewczynki, położyłam palce na jej powiekach i zamknęłam nadal otwarte oczy.
Po zakopaniu ciał przez kilka lat szwendałam się po świecie z kataną w ręce. Nie dołączyłam już do żadnej innej grupy. Odwiedzałam zniszczone miasta, znajdowałam tam żywność i sprzęt konieczny do przeżycia. Potem wróciłam do swego rodzinnego miasteczka. Idąc natknęłam się na coś. Było to gdy obozowałam w pobliżu miasta. Przygotowując ognisko natknęłam się na zagrzebany tuż pod powierzchnią ziemi wisiorek.
Rodzina: Taa...taa...w pewnym sensie mam, tyle że zdechłą
Broń: Katana
Duch i Rzecz Do Niego Należąca:Rozalia Yami, naszyjnik z różą z opalu ognistego
Wygląd:
Howrse: Margo5
Nazwisko: Hayami
Wiek:16 lat
Płeć: Kobieta
Partner: Nie jestem romantyczką
Wygląd: Jeśli chodzi o pierwsze wrażenie to raczej nie różni się zbytnio od swoich rówieśniczek.Wzrost i wagę ma prawidłową, może nieperfekcyjną, ale nie można narzekać.Twarzy, o dziwo, nie zdążyła jeszcze ubliżyć żadna blizna. Oczy niebieskie, przenikliwe, bezdenne, a jednocześnie zupełnie puste, niczego nie zdradzające.Włosy długie i czarne, przypominające barwę granatową.
Charakter: Zdarzają się ludzie oszczędni w słowach, cisi, małomówni...Ona jest niczym niema. Odzywa się wyjątkowo rzadko. Zwykle jej spojrzenie ,,mówi" wszystko. Jeżeli jest coś w stanie przekazać nie używając słów to się do tego ograniczy, no chyba, że akurat trwa walka, wtedy trzeba działać szybko. Trudno o jej zaufanie lub szacunek. Ufa tylko komuś kto udowodnił jej, że jest tego wart. Jest nadzwyczaj poważna, spokojna dopóki ktoś nie przegnie, a wtedy...auć. No dobra, to kiedy ktoś natrafi na wyjątkowo drażliwy temat. Np. nie znosi gdy ktoś próbuje przemówić do jej sumienia, uczuć. Z twarzy praktycznie nigdy nic się nie da wywnioskować. Niezależnie od tego czy walczy, czy właśnie grozi komuś kataną ,przykłada ją do gardła lub nawet mówi o jakże nieprzyjemnej przeszłości-jej oczy pozostają nieruchome. Zdaje się odseparowywać od świata niewidzialną barierą. Jest niedostępna, tak jakby ten świat dla niej nie istniał jakby cała rzeczywistość była snem, widać to po jej ruchach, postawie. Demon może na nią szarżować, a ona będzie mieć to głęboko gdzieś...Jej tam nie ma, to jej nie dotyczy.
Historia: Nim zjechały się demony żyłam w spokojnym miasteczku. Miałam wielu przyjaciół i rodzinę...a potem one...Wszyscy którzy nie zginęli zaraz po ich przybyciu pochowali się do schronów, utworzonych jeszcze w czasie drugiej lub pierwszej wojny światowej, na wypadek nalotu. Gdzieś tak co tydzień z każdego schronu wychodziło średnio pięciu mężczyzn, którzy mieli na celu zdobycie pożywienia. Jeżeli wyszło pięciu to najczęściej nie wracał jeden. Na nasze szczęście (lub może właśnie nieszczęście) zdarzało się, że dwie lub więcej grupy wychodziły jednocześnie. Demony albo rzucały się na jedną i mordowały wszystkich albo rozdzielały się dając szansę reszcie na ucieczkę. Trwało to blisko pół roku.
Mężczyźni ginęli, wychodziły kobiety i młodzi chłopcy. W końcu została garstka podrostków i zgraja płaczących dzieciaków. Ja byłam akurat pomiędzy tymi dwoma grupami. Miałam wtedy dziesięć lub jedenaście lat gdy wypadło na mnie.
Miałam się trzymać tyłu i tak właśnie robiłam. Niestety wyszła też druga grupa. Demony obrały sobie za cel właśnie nas. Kiedy tamci usiłowali walczyć (oczywiście marne były ich nadzieje) ja zgodnie z rozkazami uciekałam w stronę schronu.
Wspięłam się na wrak leżącego na środku ulicy samolotu, który tu wysłano (nasze miasto zostało zaatakowane jako jedno z pierwszych więc nikt się jeszcze nie zorientował, że tych bestii nie położy ołów). Ścigał mnie jeden z demonów. Nie zabił mnie chyba tylko ze zwykłego lenistwa i (jak teraz sądzę) złośliwości. Chciał bym żyła dalej mając w pamięci krew na żwirze w który potem zaryłam gdy ześlizgiwałam się z wraku. Upadając uderzyłam w coś, co potem okazało się ładunkiem. Pilot miał ze sobą sprzęt niezbędny do przetrwania na wypadek niepowodzenia. Były tam między innymi leki, bandaże, woda utleniona i żywność o długiej dacie ważności.
Zaniosłam to do schronu. Następne wyprawy mimo dalszych ofiar nie wydawały się już takie straszne. Życie niegdyś uważna za dar i za coś bardzo wartościowego zmieniło się w coś niewiele wartego. To tak jakby kupić drogi przedmiot, a usiłując go sprzedać nie móc znaleźć kupca i wciąż obniżać cenę.
Ostatecznie demony dostały się do naszego schronu i wybiły wszystkich gdy ja szukałam źródła wody pitnej. O dziwo po powrocie nie płakałam już nad ciałami pięciolatków.
Bo nie robiłam tego dla nich, dla nikogo niczego nie robiłam, nawet dla siebie. Bo ile jest warte moje życie? Ile było warte ich życie?
Uklękłam tylko nad ciałem martwej dziewczynki, położyłam palce na jej powiekach i zamknęłam nadal otwarte oczy.
Po zakopaniu ciał przez kilka lat szwendałam się po świecie z kataną w ręce. Nie dołączyłam już do żadnej innej grupy. Odwiedzałam zniszczone miasta, znajdowałam tam żywność i sprzęt konieczny do przeżycia. Potem wróciłam do swego rodzinnego miasteczka. Idąc natknęłam się na coś. Było to gdy obozowałam w pobliżu miasta. Przygotowując ognisko natknęłam się na zagrzebany tuż pod powierzchnią ziemi wisiorek.
Rodzina: Taa...taa...w pewnym sensie mam, tyle że zdechłą
Broń: Katana
Duch i Rzecz Do Niego Należąca:Rozalia Yami, naszyjnik z różą z opalu ognistego
Wygląd:
Howrse: Margo5
Subskrybuj:
Posty (Atom)

