Zmierzyłam ja uważnym wzrokiem. Kiedy spojrzałam na jej ubranie poczułam jak ciśnie mi się na język następujące zdanie: ,,Z choinki z się urwałaś?"
Zamiast uścisnąć wyciągniętą do mnie kończynę delikatnie pokiwałam głową. Ta usiadła naprzeciwko mnie.
-Rozalia.
Wizja odezwania się była mało kusząca,ale obawiam się, że bez słów się tu nie obędzie.
-Hitoschi.
-Daj mi swój miecz.
Gdybym była do tego zdolna najpewniej obdarzyłabym ją teraz nieprzychylnym, nieufnym spojrzeniem, ale jako, że niezależnie od nastroju twarz wygląda tak samo nie można było dostrzec mojej irytacji.Proszę się przez chwilę zastanowić jak to właściwie wygląda. Jakaś obca babka przychodzi do ciebie w środku nocy,zabija kilka demonów po czym proponuje ci dołączenie do siebie.Ty jak głupi się zgadzasz,a ta jeszcze chce twoją jedyną broń.
Spojrzałam jej prosto w oczy szukając w nich jakiejś wskazówki, czegoś co by mi powiedziało co chce zrobić z moją kataną. Ta jednak po prostu się uśmiechała co ,nie ukrywam, nieco zbiło mnie z tropu. Podałam jej swoją ulubioną zabawkę po czym niecierpliwie czekałam aż mi ją odda. Trochę jak dziecko,któremu zabrano ukochanego misia żeby go wreszcie uprać. Gdy w końcu wyciągnęła do mnie rękę z mieczem o mało jej go nie wyrwałam.Jakby nie patrzeć ta oto katana była, od około pięciu lub sześciu lat, jedyną rzeczą dającą mi jakiekolwiek oparcie i , jakże dziś wartościowe, poczucie bezpieczeństwa.
I co, że nie dało się nią zabić demona, ale sam chłód rękojeści napawał spokojem i nie istniejącym w dzisiejszych czasach ciepłem.
-Jakie masz plany?-dobiegło mnie pytanie.
Wzrok, razem z głowa, automatycznie powędrował ku miastu.
-Aha...Ale ty wiesz, że tam się pewnie roi od demonów?
Spuściłam głowę. Spojrzałam na lewo, otworzyłam plecak, wyjęłam zeschły chleb.Wzrok ponownie powędrował ku miastu.
A jakże mogłabym nie wiedzieć. Przecież to tu straciłam rodzinę, wszelkie perspektywy i ambicje.
Namiot opuściłam o świcie. W pełnym rynsztunku, plecakiem na plecach.
Usłyszałam kroki.Zignorowałam je jednak bo miałam wyznaczony cel, niezależnie od tego czy duszkowi to w smak, czy nie.
Odnalezienie schronu nie było trudne.Oczywiście ani przez chwilę nie łudziłam się, że którakolwiek grupa jeszcze tu jest. Grupy jednak nie znikły bez śladu. W środku nadal były chińskie zupki,apteczki...ale i trupy. Ale nie śmierdziało, same szkielety.
Rozalia nie komentowała. Nawet kiedy zajęłam się grzebaniem w kieszeniach trupów.
-Tu jest podejrzanie cicho- powiedziała w końcu- W takich miejscach zwykle roi się od demonów.
Wzruszyłam ramionami.To chyba dobrze.
Rozalia?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz