Trochę się zmieszałam. Już od dawna nie słyszałam żeby ktoś mnie przepraszał. Od ładnych paru lat nikogo też nie obchodziło moje zdrowie. Dla nikogo nie miało większego znaczenia czy zginę , czy nie. Ludzie których znałam od zawsze olewali mnie, a duszek, którego znam ledwie od wczoraj nie dość, że usiłuje mnie chronić(z własnej woli) to jeszcze mnie przeprasza za drobną pomyłkę.
Obejrzałam opatrunek na prawym ramieniu. Może mi się tylko zdawało, albo rzeczywiście nastąpił mały przełom. Dla kogoś innego byłby to nic nie znaczący drobiazg. Przez chwilę zdawało mi się, że nieco szerzej otworzyłam oczy. Ponadto...zdawało mi się, że...że chyba polubiłam to dziwne łażące w cudacznych strojach coś. Nie wiem czy mogę tu mówić o szacunku czy zaufaniu, ale nie wykluczone, że byłam tego bliska.
-Dziękuję-powiedziałam odwracając głowę.
Na chwilę zapadła martwa cisza. Albo mi się zdawało, albo na chwilę przerwała opatrywanie własnej rany. Tylko tyle byłam w stanie wywnioskować posługując się jedynie słuchem. Potem znów usłyszałam nikły odgłos towarzyszący obwiązywaniu oczyszczonej rany bandażem.
-Chodźmy stąd- powiedziała w końcu.
Spojrzałam na nią. Jakoś chyba wypadłam z formy jeśli chodzi o odczytywanie emocji. Kiedyś robiłam to bezbłędnie, a dziś nijak mi to idzie.
-Chciałam tu...załatwić jeszcze jedną sprawę-mruknęłam pod nosem.
-A pilna na sprawa?
Przez chwilę nic nie mówiłam. To w sumie może zaczekać. Nie wiadomo jednak kiedy natrafi się kolejna okazja odwiedzenia tego miasta.
-Nie-pokręciłam głową.
Powoli szłyśmy usłanym kościami chodnikiem. Duch praktycznie bez przerwy się rozglądał. Ja za to skupiłam się na obserwacji podłoża. W końcu mój wzrok zatrzymał się na szkielecie odzianym w obszarpany mundur. Strój był na tyle obtarty i poszarpany by nie dało się rozpoznać jakiej rangi był jego właściciel. Ale to nie to zwróciło moją uwagę. Pochyliłam się nad szkieletem. W dłoni nadal ściskał karabin. Nie znam się zbytnio na tego typu maszynach, ale wyglądało mi to na Bor, ale pewności nie miałam. Na dodatek właściciel, jakimś cudem, nie zdążył zmarnować całej amunicji.
Coś takiego było mi całkowicie zbędne, ale z tego co mi wiadomo mieszkańcy miasta położonego jakieś dwadzieścia kilometrów na północ stąd, są łasi na takie podarki.
To właśnie lubię w obumarłych mieścinach, że zawsze można w nich znaleźć coś użytecznego.
-Hitoschi? Zasnęłaś tam, czy jak?
Otrząsnęłam się z zadumy. Wyrwałam karabin z dłoni honorowego człeka i wyprostowałam na znak, że jestem cała i zdrowa oraz, że mogę iść dalej.
Rozalia?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz